Jest takie przekonanie, powtarzane z pokolenia na pokolenie, że relacja z partnerem powinna być dla kobiety najważniejsza – ważniejsza niż relacja z własnym dzieckiem. Że dzieci „wyfrunną”, a partner zostanie. Że jeśli postawisz dziecko na pierwszym miejscu, to je „rozpieścisz”, zniszczysz małżeństwo, a w konsekwencji – zaszkodzisz też dziecku.
To przekonanie brzmi jak mądrość życiowa. Ale sprawdźmy, co na jej temat mówią fizjologia, biologia ewolucyjna i psychologia – bo w żadnej z tych dziedzin nie znajdziesz dla niej solidnego wsparcia. Znajdziesz raczej dobrze opisany mechanizm tego, skąd takie przekonanie się bierze – i dlaczego akurat teraz, w naszym pokoleniu, zaczyna się z nim nie zgadzać coraz więcej kobiet.
Ciało nie negocjuje
Zacznijmy od czegoś dosłownego. Podczas ciąży dochodzi do dwustronnej wymiany komórek między matką a płodem – zjawiska nazywanego mikrochimeryzmem płodowo-matczynym. Komórki dziecka przenikają do krwiobiegu matki i osiedlają się w jej tkankach, w tym w mózgu, gdzie mogą pozostać przez dekady. W jednym z badań wykryto obecność męskiego DNA (a więc pozostałości po synu) w mózgach 63% zbadanych kobiet w wieku od 32 do 101 lat – u najstarszej z nich komórki te przetrwały 94 lata. Innymi słowy: dziecko zostawia w ciele matki, dosłownie w jej mózgu, swój genetyczny odcisk, który trwa praktycznie do końca jej życia. Żaden partner – bez względu na to, jak długi i intensywny jest związek – nie tworzy w ciele kobiety niczego podobnego.
Miłość romantyczna jako „pożyczka”
Ewolucyjna psychologia miłości od dawna zastanawia się, skąd w ogóle bierze się w nas zdolność do silnego przywiązania romantycznego. Jedna z nowszych, coraz szerzej dyskutowanych teorii (Adam Bode, Australian National University) sugeruje, że miłość romantyczna nie wyewoluowała jako w pełni odrębny system, ale że ewolucja „przechwyciła” istniejący już mechanizm więzi matka-dziecko i zaadaptowała go do potrzeb wiązania się z partnerem. Zwolennicy tej teorii wskazują na zaskakujące podobieństwa neurobiologiczne i hormonalne między więzią matczyną a romantycznym zakochaniem – te same czynniki genetyczne regulujące dopaminę, które wpływają na siłę miłości romantycznej, wpływają też na to, jak matka reaguje na płacz niemowlęcia. Więź matczyna jest więc biologicznym pierwowzorem miłości romantycznej. To nie miłość do partnera jest bazą. Jest odwrotnie.
Pewność co do dziecka jest absolutna
W biologii ewolucyjnej istnieje dobrze ugruntowana teoria inwestycji rodzicielskiej (Robert Trivers, 1972), która wyjaśnia, czemu matki – u ludzi i u większości ssaków – są zaprogramowane do inwestowania w potomstwo bezwarunkowo, a partnerów wybierają selektywnie i warunkowo. Kluczowy mechanizm to pewność pokrewieństwa genetycznego: matka ma stuprocentową biologiczną pewność, że dziecko jest jej dzieckiem – urodziła je z własnego ciała. Nie ma tu żadnej niepewności. Relacja z partnerem, jakkolwiek ważna emocjonalnie, nigdy nie ma tego samego statusu biologicznego – bo partner jest, biologicznie rzecz ujmując, zawsze zamienny, a więź z nim nigdy nie jest pewna.
Kobieta „potrzebowała” mężczyzny, żeby dziecko przetrwało?
To jest najczęstszy argument w obronie tezy „partner najważniejszy” – że w naszej ewolucyjnej przeszłości dziecko bez ojca-opiekuna miało mniejsze szanse na przetrwanie, więc kobieta powinna inwestować w związek, bo to był sposób ochrony dziecka.
Jednak antropolożka Sarah Blaffer Hrdy i badacze pracujący w ramach tzw. hipotezy kooperacyjnego rozrodu (cooperative breeding hypothesis) pokazują, że u ludzi opieka nad dzieckiem nigdy nie była zależna wyłącznie – ani nawet głównie – od jednego partnera. Człowiek jest gatunkiem allorodzicielskim: dziecko od zawsze było utrzymywane przy życiu przez rozproszoną sieć opiekunów – babki, ciotki, starsze rodzeństwo, dalszą rodzinę, a czasem osoby niespokrewnione. W wielu badanych społecznościach zbieracko-łowieckich śmierć albo nieobecność ojca nie miała żadnego wykrywalnego wpływu na przetrwanie dziecka – bo funkcję, którą teoretycznie miał pełnić ojciec, przejmowała sieć krewnych.
Innymi słowy: to nie obecność konkretnego mężczyzny była (i jest) gwarancją przetrwania dziecka. Gwarancją była – i jest – sieć wsparcia. Z perspektywy ewolucyjnej to nigdy nie był mężczyzna sam w sobie, tylko dostęp do zasobów i opieki, niezależnie od tego, kto je zapewniał.
„Mężczyzna najważniejszy”?
Tu wchodzimy w obszar bardziej kulturowy i historyczny niż biologiczny – i tu też jest kilka dobrze opisanych mechanizmów, wartych nazwania.
Historyczna zależność ekonomiczna. Przez wieki – i pisałam o tym w poprzednim artykule – kobieta w Europie (i w Polsce) nie miała prawa do własnego majątku, konta bankowego czy pracy bez zgody męża. W takim układzie prawnym i ekonomicznym utrzymanie relacji z mężczyzną rzeczywiście było kwestią przetrwania – nie metaforycznie, a dosłownie: rozwód czy utrata męża oznaczały realne ryzyko ubóstwa. Dla pokoleń kobiet, które wychowywały się w takiej rzeczywistości (albo których matki i babki w niej żyły i przekazały im ten model jako „prawdę o świecie”), przekonanie „mężczyzna jest najważniejszy, bo od niego zależy twoje bezpieczeństwo” nie było ideologią – było dosłownym opisem rzeczywistości, w jakiej żyły. Taki przekaz łatwo przechodzi międzypokoleniowo, nawet gdy realne okoliczności ekonomiczne kobiet już się zmieniły.
Ruch „małżeństwo na pierwszym miejscu”. Od kilku dekad w poradnictwie małżeńskim i w niektórych środowiskach religijnych (szczególnie konserwatywno-chrześcijańskich w USA) funkcjonuje wprost formułowana zasada, że relacja małżeńska powinna mieć wyższy priorytet niż relacja z dzieckiem – bo „silne małżeństwo to fundament szczęśliwej rodziny”. Krytycy tego podejścia (m.in. terapeutka rodzinna Rachel Rainbolt) zwracają uwagę jednak na to, że partner jest dorosłym człowiekiem, zdolnym samodzielnie regulować swoje potrzeby emocjonalne, natomiast dziecko jest całkowicie zależne od opiekuna – i te dwie relacje nie powinny konkurować o to samo miejsce w hierarchii, bo nie należą do tej samej kategorii.
Strach przed „zostaniem samą” jako wzorzec kulturowy. To wątek, o którym pisałam osobno – wielowiekowa tradycja przedstawiania samotnej kobiety (bez mężczyzny) jako figury tragicznej, żałosnej albo groźnej (czarownica, stara panna, „kobieta z kotem”). Kobieta wychowana w takim klimacie kulturowym może bardzo szczerze wierzyć, że priorytet dla relacji z mężczyzną jest formą troski o córkę – ochroną przed najgorszym możliwym losem, jaki potrafi sobie wyobrazić.
Międzypokoleniowe wzorce przywiązania. W psychologii przywiązania dobrze opisano zjawisko przekazywania własnego stylu przywiązania z pokolenia na pokolenie – rodzic, który w swoim życiu nauczył się, że bezpieczeństwo emocjonalne zależy od zdobycia i utrzymania partnera (a nie od własnej niezależności czy od więzi z dzieckiem), może przekazywać tę samą hierarchię wartości córce, niezależnie od tego, czy jest to świadoma decyzja, czy odtwarzanie własnego, dawno zinternalizowanego schematu.
Osoby o stylu przywiązania lękowym (anxious attachment) charakteryzują się większą potrzebą bliskości i potwierdzenia od partnera, żeby poczuć się bezpiecznie, mają trudność z niepewnością, czy są priorytetem dla drugiej osoby, zaś ich poczucie własnej wartości jest w dużej mierze zależne od tego, czy relacja trwa i czy partner je „wybiera”. Związana z lękowym stylem przywiązania współzależność to nadmierne emocjonalne uzależnienie od drugiej osoby, priorytetyzowanie relacji i potrzeb partnera ponad własne potrzeby, aż do utraty własnej tożsamości poza tą relacją.
Teoria „samo-uzupełnienia” (self-completion theory, Wicklund i Gollwitzer) mówi natomiast, że osoby, które nie czują się wewnętrznie „całe”, szukają zewnętrznych symboli i osób, które wypełnią tę brakującą część identyfikacji. Partner staje się wówczas nie towarzyszem życia, a brakującym elementem układanki.
Bezpieczny styl przywiązania
Bezpieczny styl przywiązania (secure attachment) charakteryzuje się tym, że relacja jest czymś dodanym do już kompletnego życia, a nie warunkiem jego kompletności.
Konkluzja
Nic z powyższego nie oznacza, że relacja z partnerem jest nieważna albo że nie zasługuje na uwagę, pracę i troskę. Oznacza to, że dziecko – z którym masz bezwarunkową, biologicznie unikatową więź – zajmuje inne miejsce w Twoim życiu niż jakikolwiek dorosły partner, którego wybrałaś (i którego, teoretycznie, mogłabyś przestać wybierać). Fizjologia, ewolucyjna teoria inwestycji rodzicielskiej i badania nad allorodzicielstwem konsekwentnie wskazują na to samo: to więź z dzieckiem jest tą pierwotną, bezwarunkową, biologicznie zakodowaną. Wszystko inne, w tym miłość romantyczna, jest – ewolucyjnie mówiąc – zbudowane na tym samym fundamencie, ale nie jest z nim równoważne.









