Dwa jądra
Zacznijmy od słowa. „Nuklearna” pochodzi od łacińskiego nucleus – jądro, pestka, rzecz najmniejsza i najbardziej centralna. Tym samym słowem nazwano dwie rzeczy, które wydają się nie mieć ze sobą nic wspólnego: jądro atomu i rodzinę składającą się z dwojga rodziców i dzieci / dziecka.
Termin „nuclear family” spopularyzował w 1949 roku amerykański antropolog George Peter Murdock w książce Social Structure – zbadał wtedy strukturę rodzinną w ponad 250 społeczeństwach i doszedł do wniosku, że mały, dwupokoleniowy układ rodzic–rodzic–dziecko jest formą uniwersalną, obecną w każdej znanej kulturze. Murdock pisał o tym w epoce, w której fizyka jądrowa była świeżym, elektryzującym odkryciem – słowo „nuklearny” oznaczało wtedy to, co najmniejsze, najbardziej skoncentrowane, i jednocześnie to, co niesie w sobie ogromną, sprężoną energię. „Jądro” rodziny miało być takim właśnie centrum: małą, gęstą jednostką, z której wszystko inne – społeczeństwo, gospodarka, porządek – miało wypływać.
Późniejsze badania (w tym feministyczne i antropologiczne) rozsypały tezę Murdocka o uniwersalności – udokumentowano mnóstwo społeczeństw zorganizowanych wokół rozległych sieci krewniaczych, matrylinearnych gospodarstw domowych i wspólnego wychowywania dzieci, które w ogóle nie mieszczą się w jego modelu. Ale pojęcie zostało. I to jest dobry punkt wyjścia do pytania: co się właściwie skondensowało w tym „jądrze”? I czy – tak jak jądro atomu – nie skrywa w sobie energii, która, gdy zamknięta w zbyt małej przestrzeni, zaczyna być niszczycielska?
Zanim powstało małżeństwo
Rodzina nuklearna nie istniała zawsze. Ktoś ją zbudował. I zbudował ją czyimś kosztem.
Badania nad społecznościami zbieracko-łowieckimi – tymi żyjącymi dziś (jak Aka czy Efe w Afryce Środkowej) i tymi, które próbujemy zrekonstruować z danych archeologicznych – wskazują na coś, co jest sprzeczne z intuicją ukształtowaną przez kulturę, w której wyrosłyśmy: więzi seksualne i rodzicielskie nie musiały być tym samym, a wychowanie dziecka nie było zadaniem jednej kobiety i jednego mężczyzny zamkniętych w jednym gospodarstwie domowym.
Antropolożka i primatolożka Sarah Blaffer Hrdy (profesor na Uniwersytecie Kalifornijskim w Davis, autorka Mother Nature i Mothers and Others) opisuje ludzi jako gatunek „kooperatywnie rozmnażający się” (cooperative breeders). U ludzi, w przeciwieństwie do większości innych naczelnych, dziecko od urodzenia jest otaczane siecią tzw. alorodziców (alloparents) – babć, ciotek, starszego rodzeństwa, niespokrewnionych członków grupy. W społecznościach Aka Pigmejów niemowlę ma średnio 14 różnych opiekunów poza matką, a już w 18. tygodniu życia spędza więcej czasu na rękach kogoś innego niż matki. Kiedy jedna z matek z grupy Efe została zapytana, kto opiekuje się dzieckiem w jej społeczności, odpowiedziała po prostu: „Wszyscy się opiekujemy.”
To nie była anomalia czy „prymitywny chaos” – to był system. Praca reprodukcyjna i opiekuńcza była rozproszona i dzielona, nie scentralizowana w jednej osobie.
Równolegle, jeśli chodzi o same więzi seksualne – wiele danych antropologicznych i etnograficznych z różnych stron świata wskazuje, że w społecznościach przed-rolniczych związki między kobietami i mężczyznami bywały czasowe, wielorakie i nietrwałe w sensie, w jakim rozumiemy dziś trwałość małżeńską. Kobieta mogła mieć dzieci z różnymi partnerami w ciągu życia, a ojcostwo bywało „rozmyte” celowo – w niektórych kulturach istniało wręcz przekonanie, że dziecko może mieć więcej niż jednego biologicznego ojca (tzw. partible paternity), co miało chronić dziecko: więcej mężczyzn czuło się za nie odpowiedzialnych.
I choć stopień, w jakim ludzkość „z natury” była nie-monogamiczna, wciąż pozostaje wśród badaczy przedmiotem sporu – fakt, że monogamiczne małżeństwo skoncentrowane w jednym gospodarstwie domowym nie jest ludzkim stanem domyślnym, lecz historyczną konstrukcją z konkretną datą powstania – to już nie jest spekulacja.
„Stworzenie patriarchatu”
Gerda Lerner, amerykańska historyczka, jedna z założycielek dziedziny historii kobiet, wieloletnia profesor Uniwersytetu Wisconsin-Madison, autorka fundamentalnej książki „The Creation of Patriarchy” (1986, wyd. polskie nieformalnie tłumaczone jako „Stworzenie patriarchatu”) twierdziła, że w społeczeństwach zbieracko-łowieckich nie było większego sensu gromadzić więcej niż grupa mogła zjeść i unieść.
Rewolucja neolityczna – uprawa roślin, potem irygacja, pług, chów zwierząt – diametralnie zmieniła tę logikę. Ziemia zaczęła produkować więcej niż potrzeba do przetrwania. Powstała nadwyżka. A tam, gdzie jest nadwyżka, powstaje handel – wymiana, gromadzenie, a z czasem własność prywatna.
Handel i akumulacja nadwyżki wymagały siły roboczej – więcej rąk do pracy w polu, przy irygacji, przy zwierzętach. Lerner pisze, że w tym momencie zmieniła się wartość dziecka: z „kogoś do wykarmienia” stało się „siłą roboczą do wyprodukowania”. A skoro to kobiety rodzą dzieci, to zdolność reprodukcyjna kobiety stała się zasobem ekonomicznym – czymś, co trzeba kontrolować, tak jak kontroluje się ziemię, zwierzęta czy zboże.
Mężczyźni, którym przypadł w udziale handel, wymiana międzyplemienna i akumulacją majątku, nagle zaczęli potrzebować gwarancji, że dzieci, które dziedziczą ten majątek (i które stanowią przyszłą siłę roboczą), to są ich dzieci. To zrodziło zupełnie nową potrzebę: kontrolę seksualności kobiety. Lerner pisze, że rozwój rolnictwa w neolicie sprzyjał międzyplemiennej „wymianie kobiet” – nie tylko jako sposobowi na unikanie wojen (przez zawieranie sojuszy małżeńskich), ale i dlatego, że społeczności z większą liczbą kobiet mogły wyprodukować więcej dzieci. W przeciwieństwie do gospodarki łowiecko-zbierackiej, rolnicy mogli wykorzystać pracę dzieci do zwiększenia produkcji i akumulacji nadwyżek.
W tym systemie mężczyźni zyskali prawa do kobiet, których kobiety nie miały wobec mężczyzn. Kontrola nad seksualnością i płodnością kobiety stała się fundamentem tworzącej się własności prywatnej. Według Lerner, zanim mężczyźni zaczęli zniewalać innych mężczyzn (jeńców wojennych, przedstawicieli podbitych grup), wcześniej praktykowali dominację nad kobietami, co dało im „know-how” do zniewalania w ogóle. Kobiety mogły być kupowane na małżeństwo, a potem sprzedawane w niewolę, gdzie ich praca seksualna była częścią pracy fizycznej, a ich dzieci stawały się własnością pana.
Małżeństwo w swojej najstarszej, ekonomicznej naturze nie było związkiem dwóch równych osób, lecz transakcją, której przedmiotem była praca kobiety – w domu, w polu i w łóżku, bez wynagrodzenia i bez możliwości odmowy.
Najstarsze udokumentowane małżeństwa – te sumeryjskie i babilońskie, które opisuje Lerner, ale też małżeństwa w starożytnym Rzymie – były transakcjami cywilnymi, prywatnymi i świeckimi, zawieranymi między rodzinami. W prawie rzymskim funkcjonowała zasada consensus facit nuptias – „zgoda ustanawia małżeństwo”. Do zawarcia związku wystarczała wzajemna zgoda dwóch rodzin.
Kościół zaczął przejmować jurysdykcję nad małżeństwem stopniowo, począwszy od X–XI wieku na Zachodzie. Teologia małżeństwa jako sakramentu rozwinęła się dopiero w XII wieku. Ale nawet wtedy – przez kolejne stulecia – obowiązywała zasada, że o zawarciu małżeństwa decyduje zgoda stron. W Bizancjum, w Konstantynopolu, jako pierwszym miejscu na świecie, cesarz Leon VI Mędrzec swoim edyktem uczynił błogosławieństwo kościelne prawnym warunkiem ważności małżeństwa. Kościół zachodni (katolicki) wprowadził ten sam obowiązek – ceremonię przed księdzem i świadkami jako warunek ważności – dopiero na Soborze Trydenckim (1545–1563).
Ślub czysto cywilny, bez elementu sakralnego, wprowadzono po raz pierwszy w rewolucyjnej Francji (dekret z 20 września 1792 r.), potem utrwalił go Kodeks Napoleona, a w XIX i XX wieku rozprzestrzenił się na większość państw Europy – w tym na polski Urząd Stanu Cywilnego, który znamy dziś.
Ten ruch tam i z powrotem – od prywatnej zgody, przez sakralizację, do zeświecczenia – jest ważny, bo pokazuje, że żadna z tych form nigdy nie była „naturalna”. Zarówno ślub kościelny, jak i cywilny, to konkretne, datowane decyzje instytucji – cesarskiej, papieskiej, rewolucyjnej – które w każdym przypadku miały ten sam cel: ustalić, kto ma kontrolę nad tym, kogo kobieta może (albo musi) nazywać mężem i czyje dzieci będzie rodzić.
Nowa „moralność”
Przepis 129 Kodeksu Hammurabiego mówił, że jeżeli zamężna kobieta zostanie przyłapana na cudzołóstwie, kobieta i jej kochanek mieli zostać związani i wrzuceni do wody. W Rzymie w czasach Augusta wprowadzono Lex Julia de adulteriis coercendis – ustawę, która uczyniła cudzołóstwo przestępstwem publicznym. U kobiety cudzołóstwem było współżycie z mężczyzną innym niż mąż. Natomiast mężczyzna był karany wyłącznie wtedy, gdy współżył z kobietą należącą do innego mężczyzny.
W myśli chrześcijańskiej małżeństwo stopniowo przestało być wyłącznie kontraktem między rodzinami i stało się przymierzem przed Bogiem. Małżeństwo kościelne ma trzy podstawowe fundamenty: potomstwo, wierność i trwałość związku (proles, fides, sacramentum).
Augustyn stwierdził, że nawet separacja nie rozwiązuje więzi małżeńskiej. Jeżeli kobieta odejdzie od męża i zwiąże się z innym mężczyzną, nadal pozostaje żoną pierwszego – a więc nowy związek jest cudzołóstwem. Ta sama zasada działała wobec mężczyzny, choć społeczne standardy zawsze były podwójne. W średniowieczu prawo kościelne i świeckie zaczęły się na siebie nakładać, w efekcie czego za cudzołóstwo pojawiały się kary od grzywny, przez chłostę, więzienie, wygnanie, aż po karę śmierci.
Z dobra wspólnego do czterech ścian
W społecznościach zbieracko-łowieckich opieka nad dzieckiem i praca związana z jego utrzymaniem nie była „sprawą matki” – była rozdzielona pomiędzy wiele osób w grupie, spokrewnionych i niespokrewnionych, w tym mężczyzn. Było tak dlatego, że matka bez wsparcia grupy fizycznie nie była w stanie wychować dziecka o tak długim okresie zależności, jak ludzkie. Praca opiekuńcza była więc z konieczności zasobem wspólnym.
Silivia Federici pokazuje natomiast, że wraz z grodzeniem ziem wspólnych (enclosures) i rozpadem wspólnotowych struktur gospodarczych, praca, która wcześniej miała pewien status społeczny i była wykonywana w sieci wzajemnych zależności, została przesunięta do zamkniętego gospodarstwa domowego i przedefiniowana jako „naturalny obowiązek żony” – a więc niewidzialna i niewynagradzana. To jest mechanizm, który współczesne badaczki (jak np. autorki koncepcji „drugiej zmiany” czy – bardziej ironicznie – „mankeeping”, nieodpłatnej pracy emocjonalnej kobiet w relacji) opisują jako kontynuację tego samego wzorca: praca, którą przez większość ludzkiej historii wykonywała grupa, została domknięta w jednej osobie i przestała być rozpoznawana jako praca.
Innymi słowy: to, co dziś nazywamy „obowiązkami domowymi żony”, nie było zawsze prywatną, cichą, bezpłatną robotą jednej kobiety. Historia pracy opiekuńczej to historia jej postępującej izolacji – od wspólnoty, przez wieś, do czterech ścian nuklearnego gospodarstwa domowego, gdzie nikt inny już nie widzi, ile to kosztuje.
Jądro, które wybucha
Rodzina nuklearna jest więc jądrem w sensie Murdocka – najmniejszą, najbardziej skondensowaną jednostką społeczną, do której zredukowano to, co wcześniej było rozproszone w całej wiosce, klanie, sieci alorodziców i sojuszy. Cała praca reprodukcyjna, opiekuńcza, emocjonalna i seksualna, którą wcześniej dzieliło dziesiątki osób, została skompresowana do dwóch, a często realnie do jednej osoby – żony.
Jest również jądrem w sensie fizycznym – bo skompresowanie ogromnej energii (pracy, potrzeb, zależności, kontroli) w bardzo małej, zamkniętej przestrzeni jest właśnie tym, co w fizyce prowadzi do reakcji. Kiedy coś, co ewolucyjnie i historycznie było zaprojektowane jako rozproszone – opieka nad dzieckiem, praca domowa, wsparcie emocjonalne, bezpieczeństwo ekonomiczne – zostaje wtłoczone w jedną kobietę, w jedno gospodarstwo domowe, za zamkniętymi drzwiami, bez świadków i bez odciążenia – to nie jest „naturalny”, spokojny stan rzeczy. To jest struktura pod ogromnym i ciągłym ciśnieniem.
Można więc powiedzieć, że rodzina nuklearna jest dla kobiety tym, czym reaktor jest dla paliwa jądrowego: systemem, który da się utrzymać w stabilności, ale tylko pod warunkiem stałej, precyzyjnej kontroli. Gdy zabraknie sieci wsparcia, momentów wytchnienia, uznania pracy, która nie wykonuje się sama – to samo „jądro”, które miało być fundamentem porządku, staje się miejscem, w którym najpierw wybucha zdrowie, a potem integralność tej, która to jądro przez dekady utrzymywała w całości.
Rodzina nuklearna nie jest prawem natury. Jest technologią wynalezioną w konkretnym momencie historycznym, z konkretnego powodu ekonomicznego, i – jak każda technologia skoncentrowanej energii – wymaga infrastruktury bezpieczeństwa, której niestety nikt kobietom nie zbudował. I myślę, że nadszedł właśnie czas, abyśmy zaczęły tworzyć ją same.
Bibliografia i dalsze lektury
- Gerda Lerner, The Creation of Patriarchy, Oxford University Press, 1986
- Sarah Blaffer Hrdy, Mothers and Others: The Evolutionary Origins of Mutual Understanding, Harvard University Press, 2009
- Sarah Blaffer Hrdy, Mother Nature: Maternal Instincts and How They Shape the Human Species, 1999
- Silvia Federici, Caliban i czarownica. Kobiety, ciało i akumulacja pierwotna
- Friedrich Engels, Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa, 1884
- George Peter Murdock, Social Structure, 1949
- Christopher Ryan, Cacilda Jethá, Sex at Dawn (teza dyskutowana, nie konsensus antropologiczny)









